poniedziałek, 28 maja 2012

Wakacje blondynki


Od dwu tygodni jesteśmy w Polsce. Na wakacjach. Jednak odpoczywamy dopiero teraz, ponieważ pierwsze dni to załatwianie spraw ważnych i pilnych. Jak u Stephena Covey'a w „7 Nawykach Skutecznego Działania”. Najważniejszy był dentysta, ginekolog, naprawa samochodu i wzmacniacza do kina domowego. Potem spotkania z najbliższymi. Funkcjonuje takie przekonanie, że urlop od pracy zawodowej powinien trwać minimum trzy tygodnie. Bo pierwszy tydzień to czas rozstawania się z przyzwyczajeniami dnia powszedniego, drugi – prawdziwy odpoczynek i wreszcie trzeci – myślenie o powrocie do rutyny. Nam brakuje w takim razie tygodnia. Na prawdziwy odpoczynek. Opalanie się, biesiady przy cybulickim ognisku, rozmowy, chłonięcie wiejskiego powietrza w domu Doroty. Bo tu mamy bazę. Na obrzeżach Kampinoskiego Parku Narodowego. Razem z naszymi zwierzakami jest tu 22 psów i kotów. Kocio-psi raj. Na czele stada Dorota. Babcia naszego synka. Moja przyjaciółka. Która pierwsza składa mi życzenia na dzień matki, sprzecza się ze mną, płacze przy mnie. Mamy swój pokój u niej, a to tak jakbyśmy były w domu. Cud możliwy w granicach /poza granicami więzów krwi.
Poza tym polski standard. Ludzie się na nas gapią. Na nas i ciemnoskórego synka. Jest taki film „Nie zaznasz spokoju”, z 1977 roku. 35 lat później czujemy to samo. Niepokój, ocenę, ostracyzm. Na Bielanach, obok gabinetu weterynaryjnego Doroty, robimy zakupy w markecie. Kupujemy kubki z napisem „kubek mamy”. Dwa. Kasjerka pozwala sobie na uwagę „dwie mamy? – dziwne”. Anka mówi mi o tym dopiero w samochodzie, w drodze do domu. Ponieważ myśli, że usłyszałam, tylko nie zareagowałam i chce wiedzieć dlaczego. A ja nie zareagowałam bo…nie usłyszałam. Po kilkunastu godzinach od zdarzenia nie wiem co bym powiedziała, ale coś bym powiedziała na pewno.  Bo dziwne jest pytanie. Nie odpowiedź. Podobnie na placu zabaw w Pruszkowie. Gdzie poczułam spojrzenia skoncentrowane na naszej rodzinie. Nieuzasadnione, obelżywe, zaczepne. Skąd to ciemnoskóre pacholę i dwie kobiety obok niego? Z miłości – chce mi się wykrzyczeć! A mama moje przyjaciółki mówi, na tym samym spacerze, „macie fioła na punkcie Leosia”. Jeśli fioł to miłość, szacunek, zabawa i stawianie granic to ja się z tym zgadzam. Bo myślę, że z wychowaniem dziecka jest tak jak z wychowaniem psa. Gdzie słowem kluczem jest konsekwencja.
W Anglii mamy wszystko oprócz bezpośredniego kontaktu z bliskimi. Na wakacje przyjechaliśmy po bliskość. Nie po drinki, palmę na rondzie de Gaulle'a czy pogodę. To sobie możemy kupić w Anglii za pieniądze. Dlatego, po dwu tygodniach, uznajemy, że nasze wakacje są udane chociaż za krótkie. 

środa, 21 marca 2012

Barbara Chutnik

Barbara Chutnik, 22 maja 2012

Barbara Chutnik. Babcia Sylwii Chutnik. Tej Sylwii Chutnik. I na tym można by zakończyć opis siedemdziesięcioletniej kobiety w Polsce. Kobiety, którą określa spełniona rola reproduktorki. Matki, a następnie babci. Z panią Barbarą jest jednak „kłopot”. Energiczna, zdecydowana, „twarda jak Roman Bratny”, wszędobylska, pracowita, zaradna. Słowem – nie do zdarcia. Na Pradze Północ mówią o takich babkach „Mariola, na którą nie ma…bata”, powiedzmy.
Poznałyśmy się na Facebooku. Zwróciłam uwagę na jej zdecydowane komentarze, rozczulającą konsekwencję w ignorowaniu interpunkcji i ortografii, niepopularne poglądy w odniesieniu do wiodącego wyznania w Polsce, sytuacji kobiet i osób homoseksualnych, stosunek do zwierząt. Byłam ciekawa kim jest z bliższej perspektywy. W ubiegłym roku pani Barbara miała 69 lat, urodziła się w 42 roku. Ja w tym samym czasie skończyłam 42 lata, rocznik 69. Ale mamy ze sobą więcej wspólnego. Prześmiewczo mówię, że klniemy z równą fantazją. Pani Barbara niesie ze sobą dwie straty – pożegnała dwumiesięczną córeczkę i męża. Partnera straciła w ubiegłym roku – warszawiaka z krwi, kości i tatuaży. Zbudowały jej osobowość też inne role: fryzjerki, kioskarki, dziewiarki, właścicielki warzywniaka, pończoszarki, przemytniczki kożuchów z Turcji i sprzedawczyni kurczaków na bazarze. Mam podobne różnorodne doświadczenia. Trenerki, opiekunki do dzieci, top managerki, sprzątaczki, coacherki, sprzedawczyni, masażystki, dziennikarki, tłumaczki, właścicielki agencji reklamowej, specjalistki do spraw szkoleń, osoby prowadzącej spotkania autorskie, wyrobnicy-restauratorki. Ale nie jestem przekonana, że akurat to jest naszym zbiorem wspólnym. Co ma zresztą matematyka do uczuć wyższych.
Myśląc o pani Barbarze myślę o czasach, kiedy kobiety tworzyły wspólnoty. Razem pracowały, wychowywały dzieci, były wobec siebie lojalne. Bo wierzyły w swoją siłę. Takich kobiet wokół siebie szukam, takich kobiet potrzebuję, taką kobietę w pani Barbarze znalazłam.
Czasem się spieramy. O moje palenie, o idealizowanie Sylwii, o bezzasadność przemocy fizycznej wobec dzieci. Pozostajemy przy swoich opiniach i poruszamy kolejne sprawy. Z seksem włącznie. Co ustawia mnie raczej w roli kogoś zaufanego niż związanego więzami krwi. Jest takie powiedzenie – przyjaciele to rodzina, którą sami sobie wybieramy. Z tego punktu widzenia pani Barbara należy do mojej rodziny.
Nie ma bata na Barbarę! I niech tak zostanie. Na siedemdziesiątkę tego życzy nasza szczęśliwa siódemka – Lidka, Anka, Leoś, Magia, Astra, Wiki i zaginiona w akcji Coco.

środa, 8 lutego 2012

Bohdan Butenko



Wśród zgiełku, uporczywych odejść ważnych dla kultury postaci (Violetta Villas, Małgorzata Baranowska, Wisława Szymborska, Andrzej Szczeklik, Olgierd Budrewicz), polskiego zaparcia – jak elegancko chce mi się określić kierunek, w którym zmierza „rozwój” społeczny kraju, są powody do zwykłego świętowania z niezwykłymi ludźmi. Dziś z Bohdanem Butenko. Mówię Butenko, myślę dżentelmen. Wybudzona ze snu w fazie NREM powiem to samo. Poznaliśmy się 21 maja 2004 roku na Międzynarodowych Targach Książki. Ja miałam akredytację dziennikarską, Ania uwielbienie dla Artysty. Tak się zaczęło i taki charakter ma ta znajomość do dziś. Bo przy panu Bohdanie milknę. Słucham go, ale nie śmiem mówić. Dlatego Anka odpowiada w naszej rodzinie za pielęgnowanie tej znajomości. Są do siebie podobni – mają głowy pełne „śmieci”. Co wynika z odbytych podróży i zapamiętanych z nich doświadczeń, znajomości języków obcych, wielopłaszczyznowych zainteresowań. Oboje nie przeklinają. Całkiem do nich pod tym względem nie pasuję. Słowem, mają uporządkowany bałagan w głowie, jak Cygan w tobołku – tak się przynajmniej mówiło o tym rodzaju inteligencji skojarzeniowej u mnie w Milanówku.
Niecałe pięć lat później organizowałam w toruńskim Empiku spotkanie autorskie pana Bohdana. Taką klasę dostrzegłam tylko u kilku z moich poprzednich gości. Głównie kobiet. Mam na myśli uwagę, z jaką wsłuchiwał się w pytania ludzi, którzy przyszli na spotkanie, atencję w stosunku do osób, z którymi rozmawiał, również sposób mówienia i noszenia się. Pan Bohdan nie nosi fularu, ale jak o nim myślę to właśnie tak go widzę. Pamiętam jedno z naszych pierwszych prywatnych spotkań. W kawiarni upadła mi bawełniana serweta. Zanim pomyślałam, że trzeba się schylić i ją podnieść pan Bohdan już miał ją w ręku i mi podawał. Miał wtedy 78 lat. Przy nim nie sposób też samodzielnie zdjąć/założyć płaszcz albo zapłacić za rachunek. Można go jednak przechytrzyć i uregulować należność wtedy, kiedy pan Bohdan nieopatrznie wyjdzie do toalety.
Zanim jednak tam dotrze zażarcie rozmawiamy. To znaczy Ania i Artysta. Ja głównie konsekwentnie słucham. Ponieważ po godzinie czuję się jak skarbonka pod koniec roku. Nie ma we mnie miejsca na nowe „skarby”. Pan Bohdan zwiedził prawie cały świat i przywiózł z niego niewyczerpany zapas anegdot. W różnych językach.
Pan Bohdan jest tak dobrze wychowany jak opisuje to jedna z anegdot. Spacerował kiedyś po francuskim wybrzeżu. Spotkał rodzinę, która biesiadowała nad bagietką, zacnym winem i jeżowcami wyławianymi prosto z morza. Po „bonjour, ça va” i zapytaniu o łowione dobra został zaproszony do „stołu”. Jeżowce smakowały panu Bohdanowi jak skrzynia portowa, ale zapytany o wrażenia odpowiedział, że są wyśmienite. Dlatego jadł do wyczerpania zapasów. Nigdy tego nie zapomni, ale myślę, że takt mu zostanie.
Pan Bohdan odgraża się, że przyleci do Londynu. Chociaż ma nietęgie skojarzenia. Instytut Polski chciał kiedyś zrobić wystawę jego prac. Miał je dostarczyć wystawca z Paryża. Był ustalony termin, rozesłane zaproszenia, Artysta w starterach. Tylko prace zaginęły. Kilka lat później pan Bohdan dostał wezwanie do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Czekała na niego paczka z pracami z wystawy, które – nie rozpakowane – przeleżały cały ten czas w magazynie Instytutu.
Myślę i mówię o panu Bohdanie z uczuciami radości i strachu. Pierwsze wynika z wyjątkowości jego osobowości, drugie z poczucia nieuchronności. Nie chcę żeby się spotkał z Wisławą. Sto lat Szanowny Panie!

piątek, 27 stycznia 2012

Harrods Museum

Byłam dziś w osobliwym muzeum. U Harrodsa w Londynie. Na pozór nie ma żadnych różnic między nim, a pozostałymi londyńskimi muzeami - wstęp bezpłatny, stoiska z pamiątkami, brak cen przy eksponatach, dyskretni, ale wyczuleni na najmniejszą zmianę zachowania odwiedzających kustosze, przewaga oglądających nad kupującymi, głęboki namysł nad każdą sztuką, podział na artystów (osobno Jimmy Choo, Miuccia Prada, Ralph Lauren, Coco Chanel itd.), żyrandole, marmury, zapachy właściwe dla kolekcji.
Niektórych przedmiotów nie można dotknąć. Leżą perfekcyjnie ułożone za szybą. Jak na przykład apaszki Hermesa. Ale mnie, dziewczynie z Milanówka, i tak to obojętne. Do końca życia będę wierna jedwabiowi z Brzozowej. Byłam jednak ciekawa czerwonej podeszwy Louboutina. Butów, dla których "miliony dziewcząt dałoby się zabić". Sprawdziłam. Mam swoje 180 centymetrów i nie nie dam się w tych butach zabić.
Budynek ma 7 pięter i 330 działów obsługiwanych przez 5 tysięcy pracowników. Na drugim piętrze znajduje się Halcyon Gallery, do której weszłam przypadkiem. Umęczona zapachami i pchaniem wózka z dzieckiem po wykładzinie o puszystości nowego grubego dywanu. I dalej już nie poszłam. Oniemiałam przy rzeźbie Lorenzo Quinn'a - Force of a nature. Przekonałam kustosza, że powinien pozwolić mi na zrobienie zdjęcia. Bo chcę cały czas patrzeć na to co zobaczyłam w Harrodsie, z tej samej perspektywy, i spróbować odpowiedzieć sobie na pytanie. Gdzie ta kobieta ma środek ciężkości?! Stopy? Kolana? Okolice bikini? Piersi? Głowa?
Ostatni raz wyszłam przed obejrzeniem wybranych części ekspozycji z Galerii Zwinger w Dreźnie, na widok "Varie teste" Pietro Graf Rotari i z Sacre Coeur, jak rozpoznałam swoje emocje w zetknięciu z ciemnoskórymi postaciami świętej rodziny z szopki bożonarodzeniowej. Podobnych wzruszeń dostarczyły mi koncerty Anny Marii Jopek, Agi Zaryan i kilka książek.
W Harrodsie przypomniał mi się dialog ze Śniadania u Tiffany'ego. Co dać tym, którzy wszystko mają? Gadżet. Pałeczkę do wykręcania numerów za 6,75$. Nie umiem tego zweryfikować, nigdy nie byłam obrzydliwie zamożna, a tak rozumiem tę scenę. Myślę jednak, że taki dar może nastąpić w całkiem nieoczekiwanym miejscu. I "U Pana Boga za piecem". I u Harrodsa.

sobota, 3 grudnia 2011

Wakacje z blondynką

Dokładnie rok temu, 3 grudnia, przybiliśmy do Ziemi Obiecanej. To najważniejsza data, obok urodzin synka, naszej rocznicy i dnia adopcji Leona. Mam poczucie, że przez ten rok wylałyśmy fundamenty. Projekt „domu” mamy zarysowany z grubsza. Czujemy się architektkami własnego życia, więc możemy liczyć tylko na siebie. Mamy kilka lat na budowę. Poznanie przepisów, podwykonawców, sąsiadów. Kontakty są bezcenne, za wszystko inne zapłacimy kartą VISA. To nam dokucza najbardziej – powierzchowność kontaktów na wyspach. Nie mogę rozgryźć i zrozumieć Anglików. Czuję przepaść między ich zachowaniem na zewnątrz i życiem wewnętrznym. Zachowują się jak cyborgi. Są doskonale zaprogramowani na uprzejmość, sytuacyjny uśmiech i niezobowiązującą pomoc. Próba pogłębienia kontaktu nieodmiennie kończy się na wycofaniu lub kłamstwie. A my cenimy sobie głębokie więzi. Tak rozpasali nas polscy przyjaciele. Same takie jesteśmy. Stąd poczucie braku. Rozmowy o emocjach, płacz i prośby o rzeczywistą pomoc nadal kierujemy do bliskich w Polsce. Mam łatwość w budowaniu bliskich relacji, ale na emigracji rozbijam się o mur nieprzystępności. W tym roku podłubałam zaledwie w spoiwie. To ciężka praca, ale jak jej nie wykonam to mogę sobie równie dobrze grób wykopać. To zbyt ważna część mojego życia.
W nowym domu nie mamy też miejsca na homofobię, rasizm i dyskryminację ze względu na płeć. Nie mam pewności, z czego to wynika – z poprawności politycznej, czy z przekonań Anglików. Ważne, że wreszcie mnie to nie dotyczy. Dlatego nie wyobrażam sobie powrotu do polskiej ruiny. Na zgliszczach nowe wybuchy. Kilka dni temu sąd zarejestrował znak „zakazu pedałowania” zgłoszony przez Narodowe Odrodzenie Polski. Co oznacza, że nie można tego zakazu obrazić. Jak godła czy flagi. I w tym znaczeniu jest to Polska właśnie. Niegodne godło. Robertowi Biedroniowi koleżanki i koledzy posłowie zaglądają za pasek od spodni. Monika Olejnik pyta w „Kropce nad i” transseksualną posłankę Annę Grodzką o to, czy sex w ciele mężczyzny sprawiał jej przyjemność. Jestem pewna, że nie dlatego zdecydowali się być posłami, żeby spuszczać spodnie i „spuszczać się” z osobistych spraw. Właśnie oni mogą wnieść do parlamentu nową jakość – klasę i tak potrzebną Polakom różnorodność.
Mój były szef Anglik był kilka dni temu z polską żoną w jej kraju. Zaprosili angielską przyjaciółkę. Pojechali do domu rodzinnego, do małego miasta na Podkarpaciu. Dziewczyna myślała, że gra w filmie. W takim sprzed 1927 roku, zanim powstał pierwszy film dźwiękowy. W jej oczach wszyscy wyglądali tak samo – podobne ubrania, ruchy, przygaszone spojrzenie. I jedyny obowiązujący kolor skóry – biały.
W październiku my byliśmy na urlopie w Polsce. W kiosku przy Wiejskiej, vis à vis SW Czytelnik, pani odmówiła mi sprzedaż paczki papierosów, ponieważ miałam tylko 100 złotych. A ona pracuje w nim 26 lat i pierwszy raz słyszy, że to nie ja muszę mieć drobne. Zostałam bezczelną babą. To ja chcę być taka i domagam się podjazdów dla wózków w stolicy. Jazda metrem okazała się dla nas ciężkim wyzwaniem. Pewnie dlatego, przez dziesięć dni pobytu, widziałyśmy tylko jedną niepełnosprawną osobę na ulicy. A jest ich statystycznie tyle samo co w Anglii, około 14%. Pięć i pół miliona osób zamkniętych w domach. Wykluczonych.
W Anglii nie mamy jeszcze swojego miejsca. Podobne odczucia mam zazwyczaj na wakacjach – inni ludzie, jedzenie, obca waluta i poczucie względnej anonimowości. I przekonanie, że dom jest tam, gdzie są moi bliscy. Ale jest też tak, że z niektórych wakacji nie chce się wracać. Mnie się nie chce.

sobota, 12 listopada 2011

Coco marnotrawna


Nasze stado się rozlazło. Coco nie ma w domu od sześciu dni. To nietypowe, ponieważ wracała punkt 22. Stąd strach o nią i poszukiwania. Nasza szczęśliwa siódemka. Nawet jabłoń w ogrodzie obrodziła w tym roku siedmioma jabłkami. Mam czasem poczucie absolutnego bezpieczeństwa w domu. Dzieje się tak wtedy, kiedy czuję się niezrozumiana przez przyjaciół, upokorzona w pracy albo odtrącona ze swoim sposobem myślenia. I kiedy dla domowników nic się nie zmienia. Nadal jestem potrzebna i pożądana. Mam jak psy i koty – przyzwyczajam się do ludzi i do miejsc. Coco „powinna” szukać domu i nas. Nie zna innych domów poza naszym.
To pierwszy zwierzak, którego niańczyłam. Ania wygarnęła ją z rynny, kiedy ta miała 2 miesiące. Pracowałam wtedy w domu i z automatu zostałam jej kocią mamą. Sześć lat temu położyłam ją sobie na całej dłoni – 20 centymetrów kociego dzieciństwa. Z Coco wiąże się najwięcej anegdot. Pamiętam jak towarzyszyła mi w gotowaniu obiadów. Ja nad garami, a Kokilek wskakiwał mi na biodro, stamtąd na ramię i usypiał w oparach. To było w czasach, kiedy miałam jeszcze wcięcie w talii i mogła po mnie chodzić jak po skalnych półkach. Bo wolę tak myśleć, niż pamiętać, że szybko dorosła i nie potrzebowała już na mnie zasypiać. Imię dostała w sposób naturalny. Przyszła do nas przyjaciółka, przytuliła kotkę i powiedziała, że pachnie Mademoiselle. Pachniała, bo zdjęła ten zapach ze mnie. Coco zyskała imię i matkę chrzestną w ten sposób.
Irytują mnie te wspominania. Jakby odeszła i miała nie wrócić. Ale wolę to od rozpatrywania czarnych scenariuszy. Kiedy zapada zmierzch we wsi na żer wychodzą lisy. Jeździ sporo samochodów. Niektóre bardzo szybko. Niemało nieruchomości stoi niezamieszkanych – ich właściciele przyjeżdżają z city tylko na weekendy. Do tego puste garaże, piwnice, ogrody. Zrobiłyśmy, co można było w tej sytuacji. Rozwiesiłyśmy ogłoszenia w strategicznych miejscach we wsi, rozmawiałyśmy z sąsiadami, zgłosiłyśmy ją do ogólnokrajowej i lokalnej bazy danych, powiadomiłyśmy lecznice i schroniska w promieniu 10 mil. Działanie daje poczucie bezpieczeństwa i siłę. Teraz tylko czekamy. To nieznośne uczucie bezsilności i strachu. Chodzimy więc nocą po wsi i nawołujemy ją jak obłąkane.
Jest taki film. Widziałam go w wersji francuskiej i angielskiej. Para jedzie samochodem. Kończy im się benzyna. Sprzeczają się. On wysiada i idzie z kanistrem na stację benzynową. Wraca z paliwem. Jej nie ma. Mija kilka lat. On walczy. Wywiesza ogłoszenia, pisze do gazet. Jego działania ujmują porywacza. Stawia warunek – powiem ci, co stało się z Twoją dziewczyną, ale musisz przejść dokładnie tę samą drogę co ona. Chłopak się zgadza. Dlatego budzi się z narkozy w trumnie. Podobne wrażenie zrobiły na mnie tylko filmy Misery i Pianistka. Mieszanka strachu, obrzydzenia i nienawiści. Ja też chcę wiedzieć. Chcę odzyskać kontrolę nad swoim życiem.
Nie widzę różnicy w znikaniu czy odchodzeniu zwierzęcia i człowieka. Dla mnie to ta sama jakość bólu. Już nigdy nie będzie takiego samego kota, partnerki, dziadka. Przyjaciel napisał mi Różewiczem „6 listopada wyszła z domu/i nie powróciła/6 letnia Coco/zdrowa/ubrana w pręgowane futerko/ktokolwiek wiedziałby o losie zaginionej proszony jest/”.

środa, 2 listopada 2011

Między Panem, Wójtem a Plebanem



Czasem mamy potrzebę wysłania pieniędzy do Polski. Z konta angielskiego na polskie. Jest w Wielkiej Brytanii kilka firm specjalizujących się w tej usłudze. Wybrałyśmy Samych Swoich, ponieważ za przelew pobierają tylko funciaka prowizji. Co jest ważne przy stracie na starcie – przy przeliczaniu waluty. Kłopot w tym, że Sami Swoi mają limit miesięcznego transferu, do 250 funtów. W odpowiedzi na moje zapytanie dotyczące zwiększenia tego pułapu firma poprosiła o dwa dokumenty – potwierdzający miejsce zamieszkania i tożsamość. „Potwierdzenie tożsamości to kserokopia dowodu osobistego, paszportu bądź prawa jazdy, potwierdzona za oryginałem przez osobę zaufania publicznego w Anglii. Za taką osobę uważa się: pracownika poczty, pracownika banku, osobę duchowną, lekarza rodzinnego, prawnika, konsula”.
I tu mam moralny kłopot. W moim myśleniu nie ma miejsca na zaufanie do pocztowca, bankiera i księdza. Sąd w Lizbonie orzekł parę dni temu, że właściciel polskiego banku Millennium musi oddać klientom pieniądze za nieprawne zaokrąglanie odsetek za kredyty mieszkaniowe. Bank powstał 22 lata temu i pierwotnie działał jako Bank Inicjatyw Gospodarczych. Podobną "inicjatywą" wykazuje się kościół katolicki w Polsce. Jak nie zakaz używania prezerwatyw to stosunek do aborcji, jak nie stanowczy sprzeciw przeciwko związkom par jednopłciowych to nieomylność w sprawie nauczania religii w szkołach publicznych. Byle dobić, okraść z godności, upokorzyć i zrównać. Od pracowników Poczty Polskiej bardziej skandalicznie zachowują się tylko pracownicy infolinii Telekomunikacji Polskiej S.A. A przecież dobrze jest ufać komuś więcej niż sobie samej.
Mail od Samych Swoich sprowokował mnie do myślenia o takich osobach. Dla mnie są nimi pisarki. Bo tak sobie myślę, że powoduje nimi koherencja – myślą, mówią to co myślą i wreszcie robią to co myślą. Tokarczuk, Szczuka, Gretkowska, Bator, Filipiak, Środa, Graff, Chutnik. O adnotację "I confirm that is a true copy of the original" na kserokopii wymaganego dokumentu poprosiłabym też Renatę Przemyk, Annę Marię Jopek i Marię Peszek. Z tego samego powodu, dla którego nie poprosiłabym o to swojego spowiednika – o nich nie słyszałam, że chędożą nieletnich, są w nieuzasadniony sposób aroganckie albo prowadzą samochód pod wpływem alkoholu.
O „konfirmację” dokumentu zdecydowałam się poprosić wikarego z kościoła za winklem. Znam Dave’a, ponieważ co poniedziałek bierzemy udział w zajęciach przykościelnego klubu dziecięcego. Po to, żeby Leoś oswoił się z dziećmi, miał inny rodzaj aktywności niż zabawa w domu i na placu zabaw. Andrew ma żonę i syna. Obecność Catherine i Josepha w jego życiu nie decyduje o moim zaufaniu, ale daje poczucie normalności, której brakowało mi u polskich księży. Długo rozmawiałyśmy z wikarym. Zna naszą historię i uczucia. Jest pełen empatii. Ale też niedowierzania. Mówi, że u nich było podobnie 50 lat temu. Czujemy się częścią tej wiejskiej wspólnoty. Zdarza się tak, że pod koniec zajęć klubu dziecięcego ktoś zainicjuje modlitwę dziękczynną. Można wtedy bezkarnie odłączyć się od grupy i rozpocząć sprzątanie, wyjść na papierosa, przygarnąć swoje dziecko. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji w Polsce. Thank you god for all you have permitted.