Dziś dzień ojca i Boże Ciało. Obchodzimy je po protestancku – idziemy do pracy. Tata naszego synka jest Nigeryjczykiem holenderskiego pochodzenia albo Holendrem nigeryjskiego pochodzenia. Nie mamy pewności, ale jak zechce ją mieć Leoś to zapytamy o to jego biologiczną mamę. Jego tata ma na imię Anthony i tak wpisałyśmy mu do aktu urodzenia. Mógł być „nieznany” ale to nie byłaby prawda. To ważne dla budowania tożsamości naszego synka. Antoni to „ten co czeka”. Może się okazać, że to całe dziedzictwo Leosia po ojcu. My pokażemy mu resztę. Zaplanowałyśmy podróż do Nigerii. Póki co kupiłam na aukcji pocztówkę z mapą tego kraju – i dla synka i do mojego zbioru pocztówek z mapami. Świętujemy też nigeryjski dzień dziecka – 27 maja. Nie wiemy co dalej, ale to się pojawi wraz z dorastaniem Leosia. Niektóre pytania zada nam synek, na część odpowiedzi wpadniemy same. Bezwzględnie jest w nim coś czego nie mają polskie dzieci. Niedawno dostał od nas piłkę. Prowadził ją przy nodze tak, jakby się z tą umiejętnością urodził. Jest coś w powiedzeniu, że osoby czarnoskóre czują taniec, bieg i muzykę. Wpływa na to inna budowa mięśni ale też czucie. Własnego ciała i czegoś nienazwanego. Ciemnoskórzy biegacze biegają jak gazele, Alicia Keys śpiewa jak natchniona, Michael Jordan nie gra w koszykówkę tylko jest jej wirtuozem. Kiedy Aretha Franklin śpiewa „Forever, and ever, you'll stay in my heart and I will love you” to ja jej wierzę. Poza tym jest czuły dla zwierząt, ma energię elektrowni atomowej i je to czego nie zdołamy mu wydrzeć z rąk. Od wczoraj mówimy na niego Adonis kluseczka. Jeszcze nie mówi. Mówi po swojemu i my go rozumiemy. Boimy się tylko, że nie będzie miał motywacji do nauki, ponieważ i tak najważniejsze są dla niego słowa „mama” i „ammm”. Nie wierzymy, że słyszymy to także tuż po nakarmieniu go po brzegi. Może to łączy go z ojcem. Niezaspokojony głód.
Podobno przeciętnie człowiek zna osobiście 500 osób. Patrzę na siebie i swoich znajomych. Grześ, Krzysiek – tak, oni są ojcami. Reszta znanych mi ojców albo odeszła do innej kobiety, albo jest skoncentrowana na sobie, albo pije. Często pije i stołuje się u innej kobiety. Ściągalność alimentów w Polsce wynosi ok. 12 proc. W Wielkiej Brytanii 90 proc. Prawo angielskie bardzo chroni dzieci i pokrzywdzonego współmałżonka. Dlatego łatwiej mi pisać o polskim dziecku w dniu ojca. Dzień bez ojca. Mam więcej materiału.
Nasz angielski przyjaciel Tony dostał kartkę z życzeniami także od swoich psów na dzień ojca. Może to ekstremum. Ale jeśli wziąć pod uwagę jego wkład w opiekę nad dwoma chartami to rzeczywiście można go uznać za ojca. Jest odpowiedzialny, nauczył swoje psy zasad, jest dla nich autorytetem. I jest wtedy, kiedy go potrzebują. Nie zgadzamy się tylko w jednym. Tony uważa, że chłopaki nie powinni się całować ani przytulać. Dlatego wita się z Leosiem jak z dorosłym mężczyzną. My uważamy inaczej. Córka Tonego ma agorafobię i pije więcej niż jest w stanie strawić. Nasz synek jest pełen entuzjazmu. Będziemy to pielęgnować. Także w imieniu ojca. Anthoni, dziękujemy ci za synka.
Jestem ortodoksyjnie niewierząca. Ale. Wg Biblii Ziemia Obiecana oznacza bezpieczne i spokojne życie. Także. Kraina ta odznacza się niezwykłym zróżnicowaniem środowiska geograficznego - na tym małym skrawku ziemi znajdują się najróżniejsze formy terenu i osobliwości spotykane na całym globie. Pasuje jak ulał do tego czego oczekuję od swojego spełnionego życia.
czwartek, 23 czerwca 2011
środa, 18 maja 2011
Lesson (dobry początek dobrej książki)
Jestem kobietą.
Jestem lesbijką.
Jestem mamą adopcyjną.
Jestem mamą ciemnoskórego dziecka.
Mam 42 lata, wyższe wykształcenie, doświadczenie w pracy dziennikarskiej i menedżerskiej i zaczynam wszystko od nowa. Na wsi pod Londynem. Z partnerką, synkiem, psem, 3 kotami i osobami, które uważam za bliskie pozostawionymi w Polsce. I tak jak w Ziemi obiecanej Władysława Reymonta mam nadzieję na fortunę. W moim przypadku sięganie po bogactwo oznacza ucieczkę z własnego kraju przed dyskryminacją ze względu na płeć, wszędobylską homofobią i bezkarnym rasizmem. Terminu ucieczka używam częściowo przewrotnie, ponieważ zrobiłam co miałam do zrobienia we własnym środowisku. Wyjechaliśmy z kraju jako rodzina znana ze swojej przeszłości i teraźniejszości, lubiana przez sąsiadów, ceniona przez przyjaciół, walcząca o swoje prawa w najbliższym otoczeniu. Z nazwiskiem Chutnik, Szczuka albo Środa zostałabym w kraju. Ze swoim czułam się zmuszona do emigracji. Swoje wychodźctwo nazywam emigracją społeczno – kulturową. Wyjazd spowodowały też względy ekonomiczne, ale miały drugorzędne znaczenie. Czytam dziś, że na nowo otwartych studiach podyplomowych Gender Studies na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu prof. Andrzej Zybertowicz będzie miał wykład. I powie m.in. że myślenie genderowe może być szkodliwe: „Pochopne rozstawanie się z tradycyjnymi ramami rozwoju społecznego przynosi więcej problemów niż ich rozwiązuje. Homoseksualne śluby to właśnie przykład kroku za daleko. Myśl genderowa ma korzenie w potrzebie emancypacji i dostrzeżeniu, że istnieje pewna drabina społeczna, że zawsze są pewne środowiska społecznie upośledzone”. Z perspektywy Wielkiej Brytanii dostrzegam niewłaściwość tej definicji, ale już się tak nie denerwuję. Dotyczy mnie, ale nie dotyka.
Nasza historia to historia miłości, strachu, walki, odrzucenia, determinacji i potrzeby życia na własnych zasadach. To dążenie do normalności w nienormalnym środowisku, w którym prawo stanowi heteronormatywna większość. Codzienna walka o godność i duma z tego kim jesteśmy. Wreszcie bezsilna emigracja i powracające pytanie – co ją zdeterminowało? Dlaczego tysiąc czterysta kilometrów od polskiego mieszkania czujemy się jak w domu?
Nie znamy wiele par takich jak my. W zasadzie nie znamy żadnej. Możemy się tylko domyślać ich statystycznego istnienia. Ale wyobrażamy sobie, że się kochają, złorzeczą, spierają o wychowanie dzieci, są o siebie zazdrosne, szanują się, nie przepadają za swoimi teściowymi, mają pasje, przyjaciół, chcą się razem zestarzeć i po sobie dziedziczyć. Są jak my. Może podobnie jak my nie mają zgody na swoje nieistnienie w przestrzeni publicznej, na brak prawa do adopcji i sformalizowania swojego związku. Bo dlaczego miałyby tego dla siebie nie chcieć? Albo chcieć nie chcieć. Dobrym przykładem samostanowienia jest dla mnie spór około aborcyjny. Nie potrafię ze stuprocentową pewnością powiedzieć czy poddałabym się aborcji. Moja chęć wychowywania dzieci jest tak silna, że dziecko poczęte na przykład z gwałtu urodziłabym z taką samą radością jak dziecko poczęte z miłości. Ale wyobrażam sobie istnienie kobiet, które myślą i zrobią inaczej. Ważne jest, żeby gwarantowało nam to prawo. A nie gwarantuje. Podobny kłopot mamy z dostępem do środków antykoncepcyjnych, in vitro, wychowania seksualnego. Nikt nie jest kobietą we własnym kraju.
Maria Dąbrowska (1889-1965) i Anka Kowalska (1903-1969). Maria i Anna przeżyły razem ponad 20 lat. Obie były pisarkami. Anna miała córkę Marię z małżeństwa z Jerzym Kowalskim.
Jestem lesbijką.
Jestem mamą adopcyjną.
Jestem mamą ciemnoskórego dziecka.
Mam 42 lata, wyższe wykształcenie, doświadczenie w pracy dziennikarskiej i menedżerskiej i zaczynam wszystko od nowa. Na wsi pod Londynem. Z partnerką, synkiem, psem, 3 kotami i osobami, które uważam za bliskie pozostawionymi w Polsce. I tak jak w Ziemi obiecanej Władysława Reymonta mam nadzieję na fortunę. W moim przypadku sięganie po bogactwo oznacza ucieczkę z własnego kraju przed dyskryminacją ze względu na płeć, wszędobylską homofobią i bezkarnym rasizmem. Terminu ucieczka używam częściowo przewrotnie, ponieważ zrobiłam co miałam do zrobienia we własnym środowisku. Wyjechaliśmy z kraju jako rodzina znana ze swojej przeszłości i teraźniejszości, lubiana przez sąsiadów, ceniona przez przyjaciół, walcząca o swoje prawa w najbliższym otoczeniu. Z nazwiskiem Chutnik, Szczuka albo Środa zostałabym w kraju. Ze swoim czułam się zmuszona do emigracji. Swoje wychodźctwo nazywam emigracją społeczno – kulturową. Wyjazd spowodowały też względy ekonomiczne, ale miały drugorzędne znaczenie. Czytam dziś, że na nowo otwartych studiach podyplomowych Gender Studies na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu prof. Andrzej Zybertowicz będzie miał wykład. I powie m.in. że myślenie genderowe może być szkodliwe: „Pochopne rozstawanie się z tradycyjnymi ramami rozwoju społecznego przynosi więcej problemów niż ich rozwiązuje. Homoseksualne śluby to właśnie przykład kroku za daleko. Myśl genderowa ma korzenie w potrzebie emancypacji i dostrzeżeniu, że istnieje pewna drabina społeczna, że zawsze są pewne środowiska społecznie upośledzone”. Z perspektywy Wielkiej Brytanii dostrzegam niewłaściwość tej definicji, ale już się tak nie denerwuję. Dotyczy mnie, ale nie dotyka.
Nasza historia to historia miłości, strachu, walki, odrzucenia, determinacji i potrzeby życia na własnych zasadach. To dążenie do normalności w nienormalnym środowisku, w którym prawo stanowi heteronormatywna większość. Codzienna walka o godność i duma z tego kim jesteśmy. Wreszcie bezsilna emigracja i powracające pytanie – co ją zdeterminowało? Dlaczego tysiąc czterysta kilometrów od polskiego mieszkania czujemy się jak w domu?
Nie znamy wiele par takich jak my. W zasadzie nie znamy żadnej. Możemy się tylko domyślać ich statystycznego istnienia. Ale wyobrażamy sobie, że się kochają, złorzeczą, spierają o wychowanie dzieci, są o siebie zazdrosne, szanują się, nie przepadają za swoimi teściowymi, mają pasje, przyjaciół, chcą się razem zestarzeć i po sobie dziedziczyć. Są jak my. Może podobnie jak my nie mają zgody na swoje nieistnienie w przestrzeni publicznej, na brak prawa do adopcji i sformalizowania swojego związku. Bo dlaczego miałyby tego dla siebie nie chcieć? Albo chcieć nie chcieć. Dobrym przykładem samostanowienia jest dla mnie spór około aborcyjny. Nie potrafię ze stuprocentową pewnością powiedzieć czy poddałabym się aborcji. Moja chęć wychowywania dzieci jest tak silna, że dziecko poczęte na przykład z gwałtu urodziłabym z taką samą radością jak dziecko poczęte z miłości. Ale wyobrażam sobie istnienie kobiet, które myślą i zrobią inaczej. Ważne jest, żeby gwarantowało nam to prawo. A nie gwarantuje. Podobny kłopot mamy z dostępem do środków antykoncepcyjnych, in vitro, wychowania seksualnego. Nikt nie jest kobietą we własnym kraju.
Maria Dąbrowska (1889-1965) i Anka Kowalska (1903-1969). Maria i Anna przeżyły razem ponad 20 lat. Obie były pisarkami. Anna miała córkę Marię z małżeństwa z Jerzym Kowalskim.
czwartek, 7 kwietnia 2011
Brytyjskie osobliwości (13)
Ten wpis jest kontynuacją poprzednich.
Fałszywe pieniądze. Fachowcy oceniają, że na rynku angielskim jest w obiegu ok. 2,5% fałszywych monet jednofuntowych. I dokonało się - stałam się właścicielką innego produktu niż Mennica Królewska. Monetę otrzymałam w formie...napiwku (sic!).
Dzień Matki. W Anglii dzień matki obchodzony jest w 4. niedzielę postu, czyli 3 tygodnie przed Wielkanocą, co wypadło w tym roku 3 kwietnia. Świętowaliśmy. Nie dlatego, że jesteśmy bardziej angielscy od Anglików, ale dlatego, że to dubeltowa okazja do manifestowania radości z naszym synkiem. Tak samo podwójnie obchodzimy jego urodziny. Te biologiczne i te adopcyjne.
Pomoc sąsiedzka. W rzeczony dzień matki zauważyłam pęknięcie w szybie. Wygląda jak uderzona kamieniem. Mieszkamy we wsi zamieszkanej przez 3505 mieszkańców, więc statystycznie rzecz biorąc mogę się komuś "nie podobać". Powiedziałam o tym angielskim przyjaciołom -Tony'emu i Elaine. Tony zadzwonił za parę godzin, żeby powiedzieć, że samozwańczo zgłosił to Stevie'mu, szefowi sąsiedzkiej straży współpracującej z policją i nasz dom zacznie obserwować watchman - nocny stóż.
Nigdy, świadomie, nie zetknęłam się w Polsce z fałszywką i nigdy z prawdziwą bezinteresowną pomocą sąsiedzką. Polska jak moneta. Orzeł i reszka. Gdzie częściej wypada reszka.
Polska : Anglia 10:27
c.d.n.
Fałszywe pieniądze. Fachowcy oceniają, że na rynku angielskim jest w obiegu ok. 2,5% fałszywych monet jednofuntowych. I dokonało się - stałam się właścicielką innego produktu niż Mennica Królewska. Monetę otrzymałam w formie...napiwku (sic!).
Dzień Matki. W Anglii dzień matki obchodzony jest w 4. niedzielę postu, czyli 3 tygodnie przed Wielkanocą, co wypadło w tym roku 3 kwietnia. Świętowaliśmy. Nie dlatego, że jesteśmy bardziej angielscy od Anglików, ale dlatego, że to dubeltowa okazja do manifestowania radości z naszym synkiem. Tak samo podwójnie obchodzimy jego urodziny. Te biologiczne i te adopcyjne.
Pomoc sąsiedzka. W rzeczony dzień matki zauważyłam pęknięcie w szybie. Wygląda jak uderzona kamieniem. Mieszkamy we wsi zamieszkanej przez 3505 mieszkańców, więc statystycznie rzecz biorąc mogę się komuś "nie podobać". Powiedziałam o tym angielskim przyjaciołom -Tony'emu i Elaine. Tony zadzwonił za parę godzin, żeby powiedzieć, że samozwańczo zgłosił to Stevie'mu, szefowi sąsiedzkiej straży współpracującej z policją i nasz dom zacznie obserwować watchman - nocny stóż.
Nigdy, świadomie, nie zetknęłam się w Polsce z fałszywką i nigdy z prawdziwą bezinteresowną pomocą sąsiedzką. Polska jak moneta. Orzeł i reszka. Gdzie częściej wypada reszka.
Polska : Anglia 10:27
c.d.n.
Subskrybuj:
Posty (Atom)