Jestem ortodoksyjnie niewierząca. Ale. Wg Biblii Ziemia Obiecana oznacza bezpieczne i spokojne życie. Także. Kraina ta odznacza się niezwykłym zróżnicowaniem środowiska geograficznego - na tym małym skrawku ziemi znajdują się najróżniejsze formy terenu i osobliwości spotykane na całym globie. Pasuje jak ulał do tego czego oczekuję od swojego spełnionego życia.
sobota, 12 listopada 2011
Coco marnotrawna
Nasze stado się rozlazło. Coco nie ma w domu od sześciu dni. To nietypowe, ponieważ wracała punkt 22. Stąd strach o nią i poszukiwania. Nasza szczęśliwa siódemka. Nawet jabłoń w ogrodzie obrodziła w tym roku siedmioma jabłkami. Mam czasem poczucie absolutnego bezpieczeństwa w domu. Dzieje się tak wtedy, kiedy czuję się niezrozumiana przez przyjaciół, upokorzona w pracy albo odtrącona ze swoim sposobem myślenia. I kiedy dla domowników nic się nie zmienia. Nadal jestem potrzebna i pożądana. Mam jak psy i koty – przyzwyczajam się do ludzi i do miejsc. Coco „powinna” szukać domu i nas. Nie zna innych domów poza naszym.
To pierwszy zwierzak, którego niańczyłam. Ania wygarnęła ją z rynny, kiedy ta miała 2 miesiące. Pracowałam wtedy w domu i z automatu zostałam jej kocią mamą. Sześć lat temu położyłam ją sobie na całej dłoni – 20 centymetrów kociego dzieciństwa. Z Coco wiąże się najwięcej anegdot. Pamiętam jak towarzyszyła mi w gotowaniu obiadów. Ja nad garami, a Kokilek wskakiwał mi na biodro, stamtąd na ramię i usypiał w oparach. To było w czasach, kiedy miałam jeszcze wcięcie w talii i mogła po mnie chodzić jak po skalnych półkach. Bo wolę tak myśleć, niż pamiętać, że szybko dorosła i nie potrzebowała już na mnie zasypiać. Imię dostała w sposób naturalny. Przyszła do nas przyjaciółka, przytuliła kotkę i powiedziała, że pachnie Mademoiselle. Pachniała, bo zdjęła ten zapach ze mnie. Coco zyskała imię i matkę chrzestną w ten sposób.
Irytują mnie te wspominania. Jakby odeszła i miała nie wrócić. Ale wolę to od rozpatrywania czarnych scenariuszy. Kiedy zapada zmierzch we wsi na żer wychodzą lisy. Jeździ sporo samochodów. Niektóre bardzo szybko. Niemało nieruchomości stoi niezamieszkanych – ich właściciele przyjeżdżają z city tylko na weekendy. Do tego puste garaże, piwnice, ogrody. Zrobiłyśmy, co można było w tej sytuacji. Rozwiesiłyśmy ogłoszenia w strategicznych miejscach we wsi, rozmawiałyśmy z sąsiadami, zgłosiłyśmy ją do ogólnokrajowej i lokalnej bazy danych, powiadomiłyśmy lecznice i schroniska w promieniu 10 mil. Działanie daje poczucie bezpieczeństwa i siłę. Teraz tylko czekamy. To nieznośne uczucie bezsilności i strachu. Chodzimy więc nocą po wsi i nawołujemy ją jak obłąkane.
Jest taki film. Widziałam go w wersji francuskiej i angielskiej. Para jedzie samochodem. Kończy im się benzyna. Sprzeczają się. On wysiada i idzie z kanistrem na stację benzynową. Wraca z paliwem. Jej nie ma. Mija kilka lat. On walczy. Wywiesza ogłoszenia, pisze do gazet. Jego działania ujmują porywacza. Stawia warunek – powiem ci, co stało się z Twoją dziewczyną, ale musisz przejść dokładnie tę samą drogę co ona. Chłopak się zgadza. Dlatego budzi się z narkozy w trumnie. Podobne wrażenie zrobiły na mnie tylko filmy Misery i Pianistka. Mieszanka strachu, obrzydzenia i nienawiści. Ja też chcę wiedzieć. Chcę odzyskać kontrolę nad swoim życiem.
Nie widzę różnicy w znikaniu czy odchodzeniu zwierzęcia i człowieka. Dla mnie to ta sama jakość bólu. Już nigdy nie będzie takiego samego kota, partnerki, dziadka. Przyjaciel napisał mi Różewiczem „6 listopada wyszła z domu/i nie powróciła/6 letnia Coco/zdrowa/ubrana w pręgowane futerko/ktokolwiek wiedziałby o losie zaginionej proszony jest/”.
środa, 2 listopada 2011
Między Panem, Wójtem a Plebanem
Czasem mamy potrzebę wysłania pieniędzy do Polski. Z konta angielskiego na polskie. Jest w Wielkiej Brytanii kilka firm specjalizujących się w tej usłudze. Wybrałyśmy Samych Swoich, ponieważ za przelew pobierają tylko funciaka prowizji. Co jest ważne przy stracie na starcie – przy przeliczaniu waluty. Kłopot w tym, że Sami Swoi mają limit miesięcznego transferu, do 250 funtów. W odpowiedzi na moje zapytanie dotyczące zwiększenia tego pułapu firma poprosiła o dwa dokumenty – potwierdzający miejsce zamieszkania i tożsamość. „Potwierdzenie tożsamości to kserokopia dowodu osobistego, paszportu bądź prawa jazdy, potwierdzona za oryginałem przez osobę zaufania publicznego w Anglii. Za taką osobę uważa się: pracownika poczty, pracownika banku, osobę duchowną, lekarza rodzinnego, prawnika, konsula”.
I tu mam moralny kłopot. W moim myśleniu nie ma miejsca na zaufanie do pocztowca, bankiera i księdza. Sąd w Lizbonie orzekł parę dni temu, że właściciel polskiego banku Millennium musi oddać klientom pieniądze za nieprawne zaokrąglanie odsetek za kredyty mieszkaniowe. Bank powstał 22 lata temu i pierwotnie działał jako Bank Inicjatyw Gospodarczych. Podobną "inicjatywą" wykazuje się kościół katolicki w Polsce. Jak nie zakaz używania prezerwatyw to stosunek do aborcji, jak nie stanowczy sprzeciw przeciwko związkom par jednopłciowych to nieomylność w sprawie nauczania religii w szkołach publicznych. Byle dobić, okraść z godności, upokorzyć i zrównać. Od pracowników Poczty Polskiej bardziej skandalicznie zachowują się tylko pracownicy infolinii Telekomunikacji Polskiej S.A. A przecież dobrze jest ufać komuś więcej niż sobie samej.
Mail od Samych Swoich sprowokował mnie do myślenia o takich osobach. Dla mnie są nimi pisarki. Bo tak sobie myślę, że powoduje nimi koherencja – myślą, mówią to co myślą i wreszcie robią to co myślą. Tokarczuk, Szczuka, Gretkowska, Bator, Filipiak, Środa, Graff, Chutnik. O adnotację "I confirm that is a true copy of the original" na kserokopii wymaganego dokumentu poprosiłabym też Renatę Przemyk, Annę Marię Jopek i Marię Peszek. Z tego samego powodu, dla którego nie poprosiłabym o to swojego spowiednika – o nich nie słyszałam, że chędożą nieletnich, są w nieuzasadniony sposób aroganckie albo prowadzą samochód pod wpływem alkoholu.
O „konfirmację” dokumentu zdecydowałam się poprosić wikarego z kościoła za winklem. Znam Dave’a, ponieważ co poniedziałek bierzemy udział w zajęciach przykościelnego klubu dziecięcego. Po to, żeby Leoś oswoił się z dziećmi, miał inny rodzaj aktywności niż zabawa w domu i na placu zabaw. Andrew ma żonę i syna. Obecność Catherine i Josepha w jego życiu nie decyduje o moim zaufaniu, ale daje poczucie normalności, której brakowało mi u polskich księży. Długo rozmawiałyśmy z wikarym. Zna naszą historię i uczucia. Jest pełen empatii. Ale też niedowierzania. Mówi, że u nich było podobnie 50 lat temu. Czujemy się częścią tej wiejskiej wspólnoty. Zdarza się tak, że pod koniec zajęć klubu dziecięcego ktoś zainicjuje modlitwę dziękczynną. Można wtedy bezkarnie odłączyć się od grupy i rozpocząć sprzątanie, wyjść na papierosa, przygarnąć swoje dziecko. Nie wyobrażam sobie takiej sytuacji w Polsce. Thank you god for all you have permitted.
poniedziałek, 17 października 2011
...
„Co tak ważne w życiu jest? Dla każdego coś innego”. Tyle Kora. W Anglii po prostu tęskniłam. Za polskim chlebem i przyjaciółmi. Chleb da się kupić w polskich sklepach. Już czerstwy, ale nadal pozbawiony angielskiej sztuczności. Facebook, Wirtualna Poczta, Skype i Orange stwarzają pozory bliskiego kontaktu. I tak przez dziesięć miesięcy emigracji. Podczas lądowania pilot powiedział, że życzy nam miłego weekendu a tych, którzy wracają, witamy w domu. Zaczęłam płakać na pokładzie i nie przestałam do dziś. Jest takie powiedzenie – dom jest tam, gdzie są nasi bliscy. Bardzo silnie to odczułam. Przeczuwałam jedynie organizując ten wyjazd. Dziesięć dni i 18 rodzin do odwiedzenia. Sami najbliżsi lub ci, którzy mają się nimi stać. Dziś grabię liście w ogrodzie Doroty, ocieplam róże na zimę i się miotam. Czekam niecierpliwie na przyjazd Kasi i Grzesia, naszych przyjaciół z Pruszkowa. Spodziewam się po nim poczucia bliskości, rozmów o ważnych dla nas sprawach, wzruszeń. Tak było w Bydgoszczy i Toruniu, gdzie zatrzymywaliśmy się w drodze do Doroty na spotkania z przyjaciółmi. To nieznośne uczucie braku. Jest tak dojmujące, że nie opuszcza mnie nawet w trakcie spotkań. Z perspektywy Facebooka nie widziałam swoich uczuć. Specjaliści nazywają to samooszukiwaniem się. Ja - obroną przed dojmującym smutkiem. Nie mogę się pozbierać na tych wakacjach. Myślę o tym, jaki deficyt mam w sobie i o ile łatwiej by mi było gdybym sobie ceniła przedmioty zamiast ludzi. Ciągle mi ich mało. Jak książek. Moi przyjaciele mają twarde i miękkie okładki. Miękkie i twarde dupy pospolicie rzecz ujmując. Lubię myśleć, że pasujemy do siebie jak ganek do pokrywki. Co się dzieje z zupą, kiedy nie ma pokrywki? Pewnie dlatego wolę kipieć niż parować. W Anglii na pewno są ludzie, z którymi mogę być sobą. Ale to dłuższy proces. Mówię po angielsku, ale czuję po polsku. A swoje bliskie związki buduję w oparciu o uczucia i rozmowy o nich. Pogadać o byle czym mogę ze swoją fryzjerką albo ginekologiem. O strachu, dumie z synka i związku, smutku i poczuciu bezsilności muszę i potrzebuję z przyjacielem. Kiedy Tony pyta mnie „how are you Lidia” i odpowiadam „chujowo”, to chce jedynie wiedzieć co to słowo oznacza. Sławka, Ewę czy Dorotę obchodzi odpowiedź. Mogę do nich podejść w każdej chwili i po prostu się przytulić. Mogę wysłać esemesa w środku nocy. Mogę płakać tak długo jak tego potrzebuję. Dlatego czuję się bezpiecznie wśród przyjaciół. Powiedziałam wczoraj Kasi, że mogłabym to robić zawodowo – spotykać się z bliskimi. Nie da się na tym zarobić, to ciągła inwestycja. Uwaga, skoncentrowanie na przyjacielu, empatia. Teraz jest inaczej, bo jesteśmy podwójnie atrakcyjne. Jako przyjaciółki i jako dawno nie widziane bliskie osoby. Stąd te zastawione stoły, specjalnie pieczone ciasta, prezenty i całe to niepotrzebne (?) zamieszanie. Na nic śluby, że przywieziemy ze sobą więcej niż wywieziemy. To niewykonalne. Nauczyłam się, że to też zewnętrzne objawy zażyłości. Najchętniej dawałabym i dostawała książki. Część z naszych bliskich sama je sobie pisze, więc to dodatkowe wyzwanie i satysfakcja z obdarowania. Ten wyjazd uświadomił mi też, że większość przyjaciół ma zwierzęta. Ale pytanie „co nas do siebie zbliżyło” nadal pozostaje dla mnie bez odpowiedzi. Ania mówi, że to mój talent do dbania o kontakty. Ale historia zna wystarczająco dużo nieodwzajemnionych uczuć żeby nie robić z tego zasady. Może „żebym mogła z Tobą być, muszę pogodzić piekło i niebo”. Gdzie piekło jest we mnie.
czwartek, 29 września 2011
Heal the word
Sylwia Chutnik powiedziała mi całkiem niedawno, że jak dziecku coś się dzieje to jego matka za każdym razem umiera na nowo. Uwierzyłam jej wtedy na słowo, a wczoraj tego doświadczyłam. Nasz synek położył się do łóżka zdrowy, bo lekkiego kataru i paru kaszlnięć nie ma co liczyć. Wybudził się po godzinie, charczał, puchł w oczach, walczył o każdy oddech. Lał się przez ręce. Ania natychmiast zadzwoniła po pogotowie. Rozmowa trwała kilka minut – dyspozytorka chciała znać wszystkie objawy, zażądała przystawienia synka do słuchawki, żeby usłyszeć jego foczy kaszel. Byłam wściekła, bo moim zdaniem to opóźniało pomoc. A te pytania były właśnie po to, żeby nie zostawić nas samych. Dla mnie rozmowa trwała wieki, ale ratownik pojawił się w naszych drzwiach jeszcze podczas jej trwania. Inhalował Leosia, w międzyczasie rozmawiał z ekipą karetki pogotowia. Kiedy najgorszy atak minął pojechaliśmy wszyscy na pogotowie. Przytomnie zapytałam jeszcze o numer ubezpieczenia, wymagane dokumenty. Lekarz odpowiedział, że niczego nie potrzebują. Mają wszystko, co potrzeba – małego pacjenta. Wtedy rozpłakałam się po raz pierwszy. Nieprzyzwyczajona. A raczej przyzwyczajona do tego, że można długo czekać i można się nie doczekać. Dziś koleżanka mówi mi, że kiedy jej synek miał bliźniaczo podobny atak karetka pogotowia nie przyjechała. To działo się w Polsce. Mam podobne doświadczenia. Do tego ta wszechobecna biurokracja, zza której nie widać potrzebującego i cierpiącego człowieka. Bardzo dobrze pamiętam swoją pierwszą kontuzję sportową – ramię wypadło mi z panewki kości i kilka razy straciłam przytomność w poczekalni zanim ktoś się mną zajął. Potem kontuzja powracała na tyle często, że mój trener nauczył się mi ją nastawiać na miejscu i było mi lżej czekać godzinami na szpitalny gips. Był rehabilitantem, miał do tego uprawnienia. Lekarze też mieli uprawnienia, ale nie mieli motywacji.
W angielskim szpitalu zajął się Leosiem Nigeryjczyk. To już standard. Zaczepiają nas ciemnoskórzy nigeryjscy policjanci, trafiamy na lekarzy z tego kraju. Taki magnetyzm pochodzenia. Kiedy powiedziałyśmy mu o korzeniach Leosia po prostu się uśmiechnął w szczególny sposób. A potem nas dogonił na parkingu i dał jeszcze leki na rano. Wtedy się popłakałam po raz trzeci. Drugi był w poczekalni, kiedy zobaczyłam matki z dziećmi na rękach. Wszystkie kołysałyśmy je w jednym rytmie. Z mamą po prawej stronie nawet synchronicznie. Rozmawiałyśmy o tym – że to takie naturalne. Dlaczego nie dla wszystkich lekarzy jest naturalna praca zgodna z ich zawodem? Zawód. To dobre słowo na moje odczucia związane z polskim pogotowiem ratunkowym. Ratunku!
W trakcie pomocy udzielanej synkowi przez nigeryjskiego lekarza ktoś do niego zadzwonił na telefon komórkowy. Aparat odezwał się frazą z piosenki Michaela Jacksona „Heal the word”. Uzdrowić świat.
Think about the generations and to say we want to make it a better,
world for our children and our children's children.
So that they know it's a better world for them
and think if they can make it a better place.
Na swój sposób i ja wczoraj umarłam. Czuję to po indywidualnym rigor mortis, które dopiero zaczyna odpuszczać. Bolą mnie mięśnie. Boli mnie „myślenie o pokoleniach i o tym, że chcę lepszego świata dla moich dzieci i dla dzieci moich dzieci. By wiedziały, że świat jest dla nich lepszy. Myślę o tym czy one mogą stworzyć lepsze miejsce".
W angielskim szpitalu zajął się Leosiem Nigeryjczyk. To już standard. Zaczepiają nas ciemnoskórzy nigeryjscy policjanci, trafiamy na lekarzy z tego kraju. Taki magnetyzm pochodzenia. Kiedy powiedziałyśmy mu o korzeniach Leosia po prostu się uśmiechnął w szczególny sposób. A potem nas dogonił na parkingu i dał jeszcze leki na rano. Wtedy się popłakałam po raz trzeci. Drugi był w poczekalni, kiedy zobaczyłam matki z dziećmi na rękach. Wszystkie kołysałyśmy je w jednym rytmie. Z mamą po prawej stronie nawet synchronicznie. Rozmawiałyśmy o tym – że to takie naturalne. Dlaczego nie dla wszystkich lekarzy jest naturalna praca zgodna z ich zawodem? Zawód. To dobre słowo na moje odczucia związane z polskim pogotowiem ratunkowym. Ratunku!
W trakcie pomocy udzielanej synkowi przez nigeryjskiego lekarza ktoś do niego zadzwonił na telefon komórkowy. Aparat odezwał się frazą z piosenki Michaela Jacksona „Heal the word”. Uzdrowić świat.
Think about the generations and to say we want to make it a better,
world for our children and our children's children.
So that they know it's a better world for them
and think if they can make it a better place.
Na swój sposób i ja wczoraj umarłam. Czuję to po indywidualnym rigor mortis, które dopiero zaczyna odpuszczać. Bolą mnie mięśnie. Boli mnie „myślenie o pokoleniach i o tym, że chcę lepszego świata dla moich dzieci i dla dzieci moich dzieci. By wiedziały, że świat jest dla nich lepszy. Myślę o tym czy one mogą stworzyć lepsze miejsce".
wtorek, 6 września 2011
Jira malka
Co roku 6 września, od 54 lat, Dorota Sumińska ma urodziny. Na facebooku oznaczyłam ją jako swoją siostrę, ponieważ ten społecznościowy portal nie przewiduje przyjaciół w rodzinie.
To nie była łatwa miłość. Poznałyśmy się w relacji zawodowej, podczas spotkania autorskiego w Empiku. Pamiętam z niego aurę zdecydowania i pewności siebie, które ją wtedy otaczały. I pewnego rodzaju nieprzystępności. I buty oficerki, w których wyglądała tak jakby dopiero co zsiadła z konia. Dziś wiem, że tym koniem jest całe jej życie, które prowadzi z miłością i bez niepotrzebnej przemocy.
Nie było mi łatwo zdobyć jej zaufanie. Dorota prywatnie jest raczej kotem niż psem. Nie podbiega do obcego i nie kreci radośnie ogonem. Jej psia natura widoczna jest jednak w spojrzeniu – trzeba znać kod, według którego można to rozpoznać. Dorota raczej trzyma dystans odpowiedni do własnych potrzeb wobec drugiego człowieka, przygląda mu się uważnie, najchętniej wtedy kiedy on nie patrzy. Nie jest łatwo o bliskość z nią, ale kiedy już ta relacja się stworzy trzeba bardzo dużo żeby ją spieprzyć. Niedawno, wspierając mnie w czymś trudnym napisała: „Liduś, kochana. Odpuść, zdaj się na innych. Pomyśl jak wiele osób może Ci zazdrościć. Jesteś w związku z osobą, którą kochasz i chcesz z nią być. Masz chcianego, wymarzonego, zdrowego syna. Nie jesteś sama – ludzie, którzy Cię znają nigdy nie odejdą. Bo warto trwać przy prawej, lojalnej, odważnej, kochającej, mądrej i po prostu dobrej osobie”. Przypomniały mi się te słowa właśnie teraz, ponieważ jestem przekonana, że Dorota pisząc o mnie pisała o sobie. Zgodnie z regułą cenienia w innych tego, co cenimy w sobie samych.
Dorota, Tomek, Marta, Igor, Rudy, Zuza, Unek, Mała Mi, Maciek, Białka, Mundek, Bietka, Szymek, Ufo, Czikita, Bubek, Drapek, Kajtek, Bolek, Lusia, Sandra, Marusia i Pinio. To aktualne stado Doroty. Domowe. Cybulickie. Lubię myśleć, że kolejnym kręgiem jesteśmy my. Ja, Anka, Leoś, Wiki, Astra, Magia i Coco. Wskazuje na to nasz pokój w rodzinnym domu Doroty, prawo do dzwonienia do siebie o każdej porze, wsparcie jakie sobie dajemy, wspólne święta, zaadoptowanie naszego synka przez Dorotę. W życiu publicznym Dorota jest lekarzem weterynarii, pisarką i dziennikarką. Prywatnie i dla nas jest przyjaciółką i babcią. Czasem jest moją terapeutką i matką chrzestną książki, którą zaczęłam pisać na emigracji. Chcę przez to powiedzieć, że to Dorota ma dziś urodziny, ale mnóstwo znanych mi osób i zwierząt ma powód do świętowania tego dnia. Dlatego w jej urodziny piszę trochę o Dorocie i trochę o sobie. Dlatego wszyscy nosimy dziś krymki, które przyszły poranną pocztą od Doroty i jemy za jej zdrowie szarlotkę upieczoną przez Anię w intencji urodzin Doroty. Dzieli nas od siebie 1 300 kilometrów, a ja czuję się z nią zawstydzająco blisko.
Dlaczego tak ważna i symboliczna jest dziś dla mnie krymka? Bo krymka to prawie jarmułka. A ta, wedle żydowskich interpretacji, pochodzi od aramejskiego zwrotu jira malka i oznacza szacunek wobec króla.
Panuj, a raczej paniuj nam 100 lat królowo.
czwartek, 1 września 2011
What's a MEN without the woman?
W Kobietach i władzy Magdalena Środa wspomina o Partii Kobiet i jej założycielce, Manueli Gretkowskiej. W kontekście odcięcia się od feminizmu niegdysiejszego i obecnego oraz „odrzucenia całego dorobku zgromadzonego w pracach, badaniach, programach i doświadczeniach wielu pozarządowych organizacji kobiecych”. Profesor Środa, pomimo wykazania słabych punktów partii, ale na podstawie wyniesienia Gretkowskiej, wróży PK przyszłość. Tylko nie wróży jaką. Książka jest z 2009 roku, a sama Gretkowska w czerwcu 2011 mówi dla Polityki „Partia Kobiet to nie partia Gretkowskiej. To jest partia odzwierciedlająca stan kobiet w Polsce”.
Kobiety i władza jest książką wstrząsająco oczywistą. Na tyle, że przyszła mi do głowy wymiana lektur obowiązkowych z MEN na women:
(Ministerstwo Edukacji Narodowej)
Paweł Juchniewicz Wujek Karol. Kapłańskie lata Papieża
Biblia – fragmenty
Karol Wojtyła Pamięć i tożsamość
Wiesław Mysliwski Kamień na kamieniu
ks. Jan Twardowski Zeszyt w kratkę
Jan Dobraczyński Listy Nikodema
(Moje propozycje)
Zakazane miłości Marta Konarzewska, Piotr Pacewicz
Kobiety i władza Magdalena Środa
Rykoszetem. Rzecz o płci, Seksualności i Narodzie Agnieszka Graff
Co to znaczy być matką w Polsce Fundacja MaMa
Milczenie owieczek. Rzecz o aborcji Kazimiera Szczuka
Piekło kobiet Tadeusz Boy-Żeleński
Antypapież Tomasz Piątek
Tęczowy elementarz Robert Biedroń
Wojna nie ma w sobie nic z kobiety Swietłana Aleksijewicz
Niezbędnik ateisty, rozmowy Piotra Szumlewicza
Lektury dodatkowo obowiązkowe:
Dzika kobieta. Powrót do źródeł kobiecej energii i władzy Angelika Aliti
Biegnąca z wikami Clarisa Pinkola Estés
Kobieta geografia intymna Natalie Angier
Nie jestem specjalistką. Jestem kobietą, kochanką, matką, pracownicą. Zaczerpnęłam kilka tytułów z własnej półki. Kierowałam się tylko zdrowym rozsądkiem i potrzebą równości/równowagi w stosunku do tego, co mam narzucone teraz. Mam i nie mam. Posyłając syna do polskiej szkoły miałabym wąskie pole manewru. Spotykając się z szefową oddziału Partii Kobiet w blisko dwustutysięcznym mieście uniwersyteckim miałam duży wybór. Pracowałam wtedy w Empiku, chciałam zrobić pożyteczny event „na Dzień Kobiet”. Taki „Co kobieta przed 8 marca wiedzieć powinna?”. Przygotowałam się do spotkania jak do każdego innego – rzetelnie. Zdziwiłam się, gdy na stronie www Partii Kobiet zobaczyłam twarz partii – Marylę Rodowicz. Żywo w pamięci miałam bowiem wypowiedź piosenkarki, która w wysoko nakładowym miesięczniku powiedziała „Feministki? Nie wiedzą, o co im chodzi. To na ogół nieatrakcyjne kobiety z wieczną pretensją do świata. To tak jak agresywni politycy. Niezaspokojenie seksualne i tyle”. Ponadto karta etyczna PK, w ustępie „wizerunek”, warunkuje członkostwo „nienaganną aparycją”. Pytanie o mniejszości seksualne i prawo do adopcji przez pary jednopłciowe zadałam już spontanicznie od siebie, zaintrygowana odpowiedziami na pytanie o Marylę Rodowicz i prezencję. „Maryla Rodowicz? Widocznie zmieniła zdanie”. „Nienaganna aparycja? Chodzi o to żeby być czystą i estetyczną”. I na nic moje uzasadnione wątpliwości. Że są setki kobiet pamiętające niefortunną wypowiedź Rodowiczki, a wskazanie na wygląd zewnętrzny kobiety uprzedmiatawia. I to w preambule Partii Kobiet (!). Tego nie da się elegancko napisać – szefowa oddziału miała odpryśnięty lakier na wszystkich paznokciach i w widoczny sposób zaniedbane zęby. Na co nie zwróciłabym uwagi przed przeczytaniem karty etycznej partii, ponieważ to, czym jestem szczerze zainteresowana to zaniedbanie emocjonalne. A które apogeum osiągnęło, kiedy zapytałam o gejów i lesbijki. Dowiedziałam się, że „to niemoralne i dotyczy marginesu”. Nie dopytałam czy moralnego czy liczebnego. Dałam się przewodniczącej wypowiedzieć do imentu i wyraziłam głęboki żal z powodu niemożliwej do realizacji współpracy między nami. Ponieważ jestem lesbijką i oczekuję na adopcję syna. Cisza. I pierwsze w miarę przytomne słowa „no to możemy się bliżej poznać i dowiedzieć o takich osobach”. Do współpracy nie doszło nie ze względu na pryncypia, ale dlatego że zamiast żywych interesujących kobiet dostałam do dyspozycji tabelki i wykresy kołowe. A nie o takie wydarzenie mi szło.
Z definicji nie wyrażam się o innych kobietach. Tym razem byłam ciekawa czy wybrnę z krytyki tak samo elegancko jak profesor Środa, której „podziw dla Manueli wzrósł po przeczytaniu książki Obywatelka (i to wcale nie dlatego, że kilka razy mnie komplementuje)”. Partii Kobiet źle wróżę z taką kartą etyczną i niepamięcią, ale dobrze jej życzę.
Na marginesie odpowiem Maryli Rodowicz – od moich orgazmów British Museum w posadach drży. Reszta też jest łatwa do podważenia, ale daję świadectwo tylko temu, co jest nie do sprawdzenia przez artystkę.
wtorek, 16 sierpnia 2011
Where is the fucking Poland?
Wczoraj w Oxfordzie, w sieci księgarń WH Smith, kupowałam znaczki pocztowe i pani obsługujące kasę, niewątpliwie Brytyjka, zapytała mnie czy Polska leży w Europie. Udzieliłam najprostszej możliwej odpowiedzi. Na tak. Ale spacerując po mieście zaczęłam się wahać. Aż do całkowitej utraty pewności. Bo leży pod względem geograficznym. Ale w rozwoju społecznym jesteśmy pomiędzy Węgrami i Argentyną a Chile i Bahrainem. Tak, niektórzy nie wiedzą, że to niewielkie azjatyckie państwo położone jest w Zatoce Perskiej. Dlatego nie wydziwiam na niewiedzę Angielki. Przy obliczaniu Wskaźnika Rozwoju Społecznego Agenda do Spraw Rozwoju ONZ bierze pod uwagę oczekiwaną długość życia przy narodzeniu, średni ważony odsetek dorosłych umiejących czytać i odsetek skolaryzacji, czyli uczących się, na wszystkich poziomach edukacji oraz produkt krajowy brutto per capita, obliczony wg parytetu siły nabywczej.
Gdzie więc znaleźć we wskaźnikach miejsce dla polskiej homofobii, patriarchatu, ksenofobii, śladowych praw matek, rasizmu, nieprawdopodobnie zabójczej, dla kobiet, ustawy aborcyjnej, wpływu Kościoła na kondycję państwa? Najbliżej byłoby do wykształcenia. Ale i Cejrowski i Hołownia i Giertych są ultra wykształceni. Nawet do byłego i obecnego prezydenta nie można się wyjątkowo przyczepić. Skąd w nas ta nienawiść, złudne poczucie wyższości, megalomania i arogancja? Z braku poczucia bezpieczeństwa? To takie czytelne, że kiedy spotykam się z agresją, w mediach lub na ulicy, to w ogóle się nie boję. Jest mi tylko z żal agresora. Widzę go nagiego i bezbronnego. Jest takie powiedzenie – silny się nie odgraża, nie musi. Myślę też, że gdyby te osoby wiedziały jak się łatwo demaskują ze swoją frustracją to byłyby ostrożniejsze.
Podobno z pokolenia na pokolenie jest coraz lepiej. Ja tego nie widzę wyraźnie. Chociaż sięgam dalej niż czubek własnego nosa, postawy moich przyjaciół i zachowania znajomych. Myślę, że musi umrzeć pokolenie moich rodziców, moje, moich dzieci i ich dzieci. Musi zostać zachowana i stosowana zasada równości w polityce, mediach, zwykłym życiu. Musimy wyjeżdżać i wracać uwrażliwieni na kogoś innego niż my sami. Musimy uznać, że to kobieta rozporządza swoim brzuchem, a państwo zmusić do wprowadzenia takiego ustawodawstwa, które wesprze kobiety. Musimy odesłać do piekła kościół katolicki z jego pretensjami do uprawiania polityki. Musimy wreszcie uznać, że kobiety, geje i lesbijki to tacy sami ludzie jak mężczyźni. Mam na myśli prawo i jego przestrzeganie. Bo znam mnóstwo cudownych kobiet i tylko paru wyjątkowych mężczyzn. Jeśli to się nie zmieni w tych kierunkach to za kilkanaście lat mój syn będzie szukał Polski, we wskaźnikach HDI, między Malediwami, Indonezją, Kirgistanem i Syrią. Nadal będą do nas znaczki sprzedawali, ale już nie zapytają czy jesteśmy w Europie. Zapytają where is the fucking Poland?
Gdzie więc znaleźć we wskaźnikach miejsce dla polskiej homofobii, patriarchatu, ksenofobii, śladowych praw matek, rasizmu, nieprawdopodobnie zabójczej, dla kobiet, ustawy aborcyjnej, wpływu Kościoła na kondycję państwa? Najbliżej byłoby do wykształcenia. Ale i Cejrowski i Hołownia i Giertych są ultra wykształceni. Nawet do byłego i obecnego prezydenta nie można się wyjątkowo przyczepić. Skąd w nas ta nienawiść, złudne poczucie wyższości, megalomania i arogancja? Z braku poczucia bezpieczeństwa? To takie czytelne, że kiedy spotykam się z agresją, w mediach lub na ulicy, to w ogóle się nie boję. Jest mi tylko z żal agresora. Widzę go nagiego i bezbronnego. Jest takie powiedzenie – silny się nie odgraża, nie musi. Myślę też, że gdyby te osoby wiedziały jak się łatwo demaskują ze swoją frustracją to byłyby ostrożniejsze.
Podobno z pokolenia na pokolenie jest coraz lepiej. Ja tego nie widzę wyraźnie. Chociaż sięgam dalej niż czubek własnego nosa, postawy moich przyjaciół i zachowania znajomych. Myślę, że musi umrzeć pokolenie moich rodziców, moje, moich dzieci i ich dzieci. Musi zostać zachowana i stosowana zasada równości w polityce, mediach, zwykłym życiu. Musimy wyjeżdżać i wracać uwrażliwieni na kogoś innego niż my sami. Musimy uznać, że to kobieta rozporządza swoim brzuchem, a państwo zmusić do wprowadzenia takiego ustawodawstwa, które wesprze kobiety. Musimy odesłać do piekła kościół katolicki z jego pretensjami do uprawiania polityki. Musimy wreszcie uznać, że kobiety, geje i lesbijki to tacy sami ludzie jak mężczyźni. Mam na myśli prawo i jego przestrzeganie. Bo znam mnóstwo cudownych kobiet i tylko paru wyjątkowych mężczyzn. Jeśli to się nie zmieni w tych kierunkach to za kilkanaście lat mój syn będzie szukał Polski, we wskaźnikach HDI, między Malediwami, Indonezją, Kirgistanem i Syrią. Nadal będą do nas znaczki sprzedawali, ale już nie zapytają czy jesteśmy w Europie. Zapytają where is the fucking Poland?
Subskrybuj:
Posty (Atom)


